Aby wysłuchać opowiadania kliknij obrazek powyżej. Czyta Bogdan Gumowski. Fot. A. M. Bielecka.

Trzech mężczyzn odzianych w wełniane płaszcze stało nieruchomo na szczycie góry. Spoglądali z powagą na spaloną letnim słońcem polanę i wsłuchiwali się w szum drzew Świętego Gaju. Może spodziewali się usłyszeć odpowiedź bogów na ich prośby, które wypowiadali w czasie składania ofiar? A może oczarował ich majestat tego wyjątkowego miejsca, z którego wydawały się osiągalne wzrokiem krańce ziem należących do ich plemienia ? Chociaż nie była to ich pierwsza wizyta na Świętej Górze, zapewne odczuli dziwny lęk podziwiając wielkie skalne rumowisko na północno-zachodnim stoku, które musiało być pamiątką po jednej z walk Wodana z Olbrzymami. Chłodny wiatr niósł wilgoć i zapach butwiejących liści - zapowiedź zbliżającej się jesieni. Otuliwszy się szczelniej w płaszcze trzej wojownicy poczęli schodzić dość stromym w tym miejscu zboczem. Ścieżka wiodła na południowo - wschodni, porośnięty lasem stok. W brzozowym zagajniku, poza Świętym Kręgiem czekał na nich młodzieniec strzegący pozostawionej w tym miejscu broni. Cała czwórka w milczeniu podążyła dość wąską ścieżką, wydeptaną przez setki stóp ludzi, którzy w podobnych celach jak oni odwiedzali Święty Gaj. Gdzieniegdzie prześwity między drzewami wskazywały, że miejsca działalności ich współplemieńców jeszcze nie zarosły młodymi drzewami i krzewami. Ścieżka nagle wyprowadziła ich na dużą polanę. Roślinność zwolna próbowała ponownie objąć to miejsce w posiadanie, ale widać nie było to łatwe. Spod szaro-zielonych gałązek młodych olch karykaturalnie sterczał szkielet dachu opuszczonej kilka lat temu półziemianki. Nieopodal czerwonoceglasta, przepalona glina, czarne plamy węgla i rdzawego żużla wyznaczały obszar, gdzie las wróci najpóźniej. Wędrowcy, zapewne przyzwyczajeni do podobnych widoków, przemierzyli polanę szybkim krokiem. Ich pośpiech był w pełni uzasadniony. Zbliżała się już pora pierwszych przymrozków. Znajdowali się przecież około dwu dni marszu od swych domostw, a zadanie, którego się podjęli nie było łatwe i wymagało sporo czasu. Dlatego pragnęli jak najszybciej dołączyć do współtowarzyszy i rozpocząć poszukiwania.

Dwa dni później kilkunastoosobowa grupa ludzi rozbiła obóz na południowym stoku Świętej Góry. Było dość słonecznie i ciepło, nie mniej jednak nie należało liczyć, że taka pogoda utrzyma się przez dłuższy czas. Kilku mężczyzn i dwie kobiety zaczęło budować niewielką półziemiankę. Większość grupy była zajęta wybieraniem z wykrotu po obalonym przez burzę dużym buku - czerwono - sinych kamieni różnej wielkości, które układali w rosnący zwolna kopiec. Pomagali sobie poszerzając miejsce eksploatacji przy pomocy drewnianych łopat. Czterech silnie zbudowanych wojowników, tym razem bez oręża, lecz dzierżąc w dłoniach niewielkie toporki wycinało krzewy i drzewa, a następnie skrupulatnie układało je w piramidalne stosy, które później okrywali szczelnie darnią. Z jednego z takich niby-kopców sączyła się już smuga dymu. Dopiero za dwa lub trzy dni będą mogli zdjąć darniową pokrywę i wydobyć ze stygnącego mielerza węgiel drzewny. Nieopodal młody, długowłosy mężczyzna układał niewielkie, przekładkowe, sześcienne konstrukcje. Na sosnowych i jodłowych bierwionach tworzących coś w rodzaju rusztu spoczywały kawałki czerwonawych kamieni. Tylko jeden siwobrody i postawny wojownik nie brał udziału w panującej tu krzątaninie. Z uwagą przyglądał się ułamkom sino-czerwonej skały. Niekiedy podejmował jedną z brył i ważył ją w dłoni, jakby próbował ocenić jej wartość. A musiała ona być znaczna ... Wydarta Matce Ziemi ruda to przecież niedojrzałe w jej łonie żelazo. Oni nie mogli jednak czekać aż ruda samoistnie przeistoczy się w drogocenny metal. Musieli przyspieszyć ten proces wzywając na pomoc żywioł ognia. Tylko siwobrody mężczyzna w pełni zdawał sobie sprawę, że powodzenie podjętej pracy zależy od przychylności bogów i skrupulatnego przestrzegania przekazywanego z pokolenia na pokolenie rytuału. Właśnie on był strażnikiem tajemnej wiedzy przodków. Dlatego pracujący obok niego ludzie odnosili się doń z szacunkiem i czcią należną Panu Ognia

Stosy do prażenia rudy przygasały zwolna w świetle zachodzącego słońca. Ostry, przesycony siarką dym drażnił nozdrza przywiązanych do drzew koni. Z pierwszego pieczołowicie ulepionego pieca również sączyła się smuga dymu. Wiatr rozwiewał go jednak coraz silniej. Wysoki, gliniany komin zasłaniał postać spowitą w wełniany płaszcz spięty żelazną, inkrustowaną srebrem fibulą. U boku mężczyzny wisiał w skórzanej pochwie miecz o rękojeści zdradzającej rękę rzymskiego rzemieślnika. Pan Ognia doglądał zasypywania pieca kolejnymi warstwami węgla drzewnego i przeprażonej rudy. W szum wiatru wdzierał się jedynie stukot drewnianego młotka, którym kruszono kawałki drogocennego surowca. Jeżeli ofiara pierwszego "wytopu" zostanie przyjęta, będzie można w sąsiedztwie postawić kolejne piece ...

Prawie dwa tysiące lat później na miejscu, gdzie pracowała grupa starożytnych hutników powstanie muzeum w Nowej Słupi. Archeolodzy stwierdzą w północno-wschodniej części Gór Świętokrzyskich istnienie największego w Europie barbarzyńskiej okręgu metalurgii żelaza. Obliczenia oparte na badaniach wykopaliskowych warsztatów produkcyjnych i powierzchniowym rozpoznaniu terenu określą liczbę pracujących tu pieców na ok. pół miliona. Piecowiska grupujące od kilkudziesięciu do setek pieców będą odkrywane na obszarze ok. 800 km2. Wiele z nich zostanie odnalezionych na stoku Łyśca, często pod samym jego szczytem.

Jednak wierzchołek Łysej Góry nie dostarczył świadectw działalności metalurgicznej. Czy mógł istnieć tu ośrodek kultu, podobny do wymienianego przez historyka rzymskiego Tacyta Świętego Gaju Nahanarwalów? Skoro kilkaset lat po odejściu Lugiów na Łyścu powstał słowiański wał kultowy wydaje się to prawdopodobne. Wzniesienie zwane obecnie Świętym Krzyżem budzi dotąd niekłamany podziw swoim majestatem. Może jedynym echem kultowego znaczenia tego miejsca pozostaną dla nas wzmianki o znaleziskach rzymskich monet. Może pozostawili je hutnicy pragnący pozyskać przychylność bogów? 

Archeolodzy i metalurdzy odtworzyli zapomniany sposób otrzymywania żelaza. Jednak wyniki ich doświadczeń odbiegają nadal od efektów pracy starożytnych hutników. Nie posiedliśmy dotychczas całej wiedzy i doświadczenia Pana Ognia. Czy uda się to osiągnąć? Czy też brak nawiązania w naszych dociekaniach do sfery kultu, która zapewne przenikała na wskroś pradziejowe hutnictwo i kowalstwo, uniemożliwi nam prawidłową interpretację tego fenomenu?

Widok na klasztor pobenedyktyński na szczycie Łyśca z lotu ptaka. Fot. A. Przychodni